Burza

Storm

Skóra na Twoich piersiach

czarna zastygła lawa.

Pod twoją pachą

dzieło sztuki z ludzkiej skóry.

Jak powstają takie zwoje?

Trzeba czasu.

Ręce masz potwora.

Oczy półprzymknięte, schowane pod powiekami.

Trzydzieści lat jeździłeś Tatrą.

Zżera Cię rak, jak mnie zżera namiętność.

Pijemy piwo w kuchni.

Pierwsza butelka jest ciepła.

Drugą wyciągasz z lodówki.

Odginasz nożem kapsel ząbek po ząbku.

- Pomału - mówisz - Pomału, a będzie dobrze.

Kapsel strzela i robi salto w powietrzu.

Śmieję się, jakby to była wyjątkowa sztuczka,

jakbyśmy właśnie zadrwili z losu.

- Lubię, kiedy szumi - mówisz i nalewasz sobie piwo z góry,

cienkim ciurkiem. Lubisz piankę.

Mi nalewasz po szklanki ścianie.

Ja lubię wszystko przejrzyste i jasne.

Szkoda, że nie słyszysz burzy za oknem.

Przybiera na sile.

Ocieram udo udem.

Czekam, aż huknie.

Unosisz brwi i mówisz – Burza?

Znów się śmieję.

Uśmiecham się trochę za dużo na tak poetycki moment.

Dziadek z wnuczką piją piwo.

Lato skwierczy za oknem w kroplach deszczu.

Grzywka Hansa Klossa zawinęła Ci się na czole.

Tworzy chłopięcy loczek,

na twarzy pomarszczonej jak kora.

Czego nam więcej trzeba niż burzy takiej jak ta?

Rozładowania elektryczności, która w nas wzbiera za dnia.

Wysyłam smsa prostego w treści.

Powinniśmy się kochać w taką burzę.

Kładę się na podłodze.

Spijam szum deszczu.

Ty zasypiasz na stołku.

Opadły Ci spodnie.

Czarna skóra pleców trwa poniżej linii bioder.

Zamykam oczy.

Czekam, aż burza pokryje i mnie.

The skin on your chest

black, clotted lava.

In your armpit

a sculpture cast from human skin.

How do such masses form?

It takes time.

You have a monster’s hands.

Your eyes half-closed, hiding behind your eyelids.

Thirty years you drove a truck.

Now you’re eaten away by cancer, as I’m eaten away by desire.

We sit in the kitchen, drinking beer.

The first bottle’s warm.

The second, you take from the fridge.

You pry off the cap with a knife, lever it open tooth by tooth.

“Slow and steady,” you say. “Anything worth doing, is worth doing right.”

The bottle cap pops, somersaults up in the air.

I laugh, like it’s a fabulous trick,

like we just outwitted the Fates.

“I like how it fizzes,” you say, holding the beer high

pouring it in a thin stream. You like your foam.

For me, you pour it down the side of the glass,

I like everything transparent, clear.

Such a shame you can’t hear the storm outside.

It’s gathering.

I rub my thighs together.

I’m waiting for the dam to burst.

You raise your eyebrows and say, “A storm?”

I laugh once more.

I’m smiling a bit too much for such a poetic moment,

A grandfather drinking beer with his daughter’s daughter.

The summer sizzles in the rain beyond the window.

Your Hans Kloss G.I. fringe pushed back,

one boyish curl plastered to your sweaty forehead

in front of your face, furrowed like tree bark.

What more do we need than a storm like this?

Than to release the electricty that’s been welling up inside us all day long?

I send a simple text:

“We should be making love in such a storm.”

I lie down on the floor.

Drink in the fizzing of the rain.

Your too-big trousers, sagging on your hips,

skin charred black below the waistband.

I close my eyes.

And wait for the storm to enclose me as well.

Translated by Larissa Kyzer